Wybór patrona


Wybór patrona dla jakiejkolwiek instytucji to sprawa kluczowa, a szkoła jako miejsce kształcące przyszłe pokolenia tym bardziej powinna utożsamiać się ze swoim „duchowym przewodnikiem” i tym, co sobą reprezentował. W dokumencie określającym procedury nadania imienia znalazły się następujące zdania:

Wybranie patrona szkoły ma nadać placówce indywidualną tożsamość, klimat, ma sprawić, że cała społeczność szkolna będzie miała konkretny wzorzec do naśladowania, dzięki któremu wzbogaci swoją działalność wychowawczą. Ponadto pozwoli pozyskać szkole do współpracy instytucje i osoby związane z patronem oraz wzbogaci szkolne tradycje.

Biorąc pod uwagę powagę sytuacji, wybór poprzedzono licznymi konsultacjami. Pierwszym podjętym krokiem było wyłonienie kandydatów na patrona. Do grudnia 2010 r. społeczność uczniowska, rodzice, pracownicy szkoły oraz wszyscy zainteresowani  mieszkańcy Kobióra, mogli składać swoje propozycje. Wśród osób zgłoszonych znaleźli się: papież Jan Paweł II, Kornel Makuszyński, Józef Piłsudski, Jerzy Dudek,  Walenty Ryguła, (Kandydatura pana Ryguły została jednak wycofana z powodu braku zgody ze strony rodziny.) W czerwcu 2011 r. odbyły się wybory, w wyniku których większością głosów, wybrano Ojca Świętego Jana Pawła II.

Obszerne uzasadnienie decyzji społeczności szkolnej znalazło się w artykule „Dlaczego Jan Paweł II powinien zostać patronem Gimnazjum w Kobiórze? Uzasadnienie przygotowane przez młodzież”, zamieszczonym w wydaniu specjalnym „Gazety Gimnazjalistów Kobiórskich” z 23 października 2012 r. Młodzi pisali w nim tak:

· Był wyjątkowy od najmłodszych lat, koleżeński, uczciwy.

Dostrzegali to już jego koledzy i koleżanki w gimnazjum. Jego koleżanka z Wadowic pani Halina Królikiewicz- Kwiatkowska mówiła, że był inny od swoich kolegów. Wesoły, bardzo koleżeński, pierwszy niosący pociechę w nieszczęściu, w chorobie...

· Był wrażliwy, a zarazem silny.

Jako dziewięciolatek stracił matkę. Gdy miał lat 12, zmarł jego brat Edmund, pracujący w szpitalu w Bielsku. W 1941 roku odeszła ostatnia najbliższa mu osoba – ojciec Karol Wojtyła. Osobiste cierpienia jednak nie załamały go, a umocniły, zbliżyły do Boga, do ludzi.

„Przeszedłem od tego czasu głębię upadku, zwątpienia i zaprzeczenia przepastny parów. I wtedy zszedł ku mnie z duchami innymi duch jeden: Anioł możny Słowem i rzekł mi : Wierz! -  I przyszli ku mnie ludzie, i przyszły ku mnie czasy, i obaczyłem. I umocniła się wiara moja tak, że dzisiaj mocniejsza jest, niż onych dni, szczęsnych na pozór, ale już od wnętrza robactwem toczonych, rozsadzanych... I spokojniejsza jest wiara moja. Ku sklepieniu – ci już idzie on kościół mój, świątynia duszy mojej.” (Psałterz renesansowy)

To było w Brazylii. Jan Paweł II odwiedzał właśnie wioskę trędowatych. Wstrząśnięty tym, co zobaczył, powiedział: „Czasem chciałbym zapłakać jak dziecko, ale na co komu płaczący papież? Ja muszę natchnąć ich siłą.”

· Ci, którzy go znali od najmłodszych lat, mówili, że Karol Wojtyła był zapalonym sportowcem.

Jako dziecko lubił zwłaszcza piłkę nożną – najchętniej grywał na bramce. Nazywano go „Martyna” na cześć znanego przedwojennego piłkarza Henryka Martyny. Później, już jako kardynał, gdy tylko mu czas na to pozwalał, pływał kajakiem i chodził po górach, a zimą zakładał narty. A kiedy pytano, czy to uchodzi, żeby kardynał jeździł na nartach, odpowiadał: „Kardynałowi nie uchodzi źle jeździć na nartach”.

· Był bardzo skromnym człowiekiem – nigdy się nie wywyższał, żył w skromnych warunkach; zdarzało się, że rozdawał ubrania, inne przedmioty biedniejszym.

„Nasze seminaria coraz częściej odbywały się w Krakowie” – wspomina Jerzy Gałkowski.  - „Były one przerywane przez księży, urzędników kurii. Jeden z nich za każdym razem przyklękał do ucałowania pierścienia, co w widoczny sposób zawstydzało młodszego Księdza Biskupa. Bronił się nieskutecznie gestami i postawą ciała. Wreszcie poradził sobie – także ukląkł. Pomogło”.

Gdy Karol Wojtyła został Papieżem, do Krakowa pojechał tir, żeby zabrać do Watykanu jego rzeczy. „Na miejscu” – wspomina ksiądz Mieczysław Maliński – „okazało się, że do wielkiego auta zapakowano zaledwie parę książek, buty...”

· Był człowiekiem bardzo zorganizowanym.

Potrafił zawsze znaleźć na wszystko czas.

„Gdy spojrzałem na książki w mieszkaniu Karola „– wspomina Tadeusz Kwiatkowski - „o wielu z nich nie miałem zielonego pojęcia. Same dzieła filozofów, jakieś tomy rozpraw religijnych. Nie interesowało mnie to.

–    Czy ty to wszystko przeczytałeś?

–    spytałem go, wskazując na półkę z książkami.

–    Jeszcze nie wszystkie – odpowiedział – ale przeczytam.

Kiedyś zapytałem Karola, czy zna „Trzy zimy” Miłosza.

–    Czytałem – skinął głową. - Piękne wiersze.

–    Człowieku – zawołałem – kiedy ty masz czas na to wszystko? Harujesz w Solvayu, chodzisz na próby teatralne rapsodyków, zajmujesz się filozofią.

–    Dla chcącego nic trudnego – uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu”.

· Jan Paweł II był wielkim patriotą.

Każdego dnia modlił się za Polskę, była dla niego jak matka. Wzruszał widok Papieża klękającego i całującego ziemię ojczystą.

„Ojczyzna – kiedy myślę – wówczas wyrażam siebie i zakorzeniam.

Mówi mi o tym serce, jakby ukryta granica, która ze mnie przebiega ku innym.

Aby wszystkich ogarnąć w przeszłość dawniejszą niż każdy z nas:

Z niej się wyłaniam... gdy myślę Ojczyzna – by zamknąć w sobie jak skarb.(...)

Ojczyzna – kiedy myślę – słyszę jeszcze dźwięk kosy, gdy uderza o ścianę pszenicy,

Łącząc się w jeden profil z jasnością nieboskłonu.(...)

Ojczyzna: wyzwanie tej ziemi rzucone przodkom i nam, by stanowić o wspólnym dobru i mową własną jak sztandar wyśpiewać dzieje(...)”

· Człowiek z poczuciem humoru.

Ludzie znający Papieża powiadali, że nawet w najgorszych sytuacjach nie tracił poczucia humoru. Rzecznik prasowy stolicy apostolskiej zapytał go kiedyś wprost:

–    „Czy Wasza Świątobliwość płacze?

–    Nigdy na zewnątrz – odpowiedział Papież”.

Krąży wiele anegdot, których bohaterem jest Jan Paweł II. Jedna z nich opowiada o włoskim biskupie, który chciał się nauczyć polskiego. Nauka była tak pośpieszna, że kiedy chciał się pochwalić przed Ojcem Świętym, coś mu się pomyliło i zamiast: „Jak się czuje Papież?”, rzekł: „Jak się czuje piesek?” papież spojrzał zdumiony, po czym odpowiedział: „Hau, hau”.

Kiedy w 1999 roku tłumy zgromadzone na pielgrzymce w Licheniu wołały: „Witaj w Licheniu!”, odpowiedział: „Myślałem, że mówicie: Witaj, ty leniu!”

Gdy od pewnego czasu jego stanem zdrowia zaczęły interesować się media, powtarzano każdą plotkę na ten temat. A sam Papież, pytany o zdrowie, odpowiadał: „Nie wiem, nie zdążyłem jeszcze przeczytać porannej prasy”.